Taka sobie lekka historyjka. Odkąd pamiętam miałam taką zgrubiałą i pomarszczoną skórę na nadgarstkach. Sucha zmieniona skóra, która się nie opala. Pewnie wielu łaciatych tak ma lub miało. Jako dziecko strasznie z tego powodu cierpiałam, bo na własne ręce patrzy się bardzo często. Oczywiście inne dzieci też pytały „co Ci się stało?”. Moja mama tłumaczyła mi, że z wiekiem mi to zaniknie, że kuzynka A. też tak miała a teraz ma normalne rączki. Nie wierzyłam jej wtedy, myślałam, że tak tylko mówi żeby mnie pocieszyć. Poza tym dla dziecka czas jest rzeczą abstrakcyjną, jeśli objawy ustąpiły u kuzynki, która jest ode mnie kilkanaście lat starsza, to dla mnie oznaczało to w zasadzie tyle co „jak będziesz już dorosła”, strasznie odległa przyszłość. Jako nastolatka miałam się lepiej, miałam moje rockowe towarzystwo, sama brzdąkałam na gitarze i szukałam własnego stylu. Na lewym ręku nosiłam bransoletki ze skóry, rzemyków i makatek z muliny. Nosiłam je niemal 2 lata.
Któregoś razu zobaczyła to moja pani dermatolog i skrzyczała mnie okrutnie, że to siedlisko zarazków i bóg wie czego jeszcze i że mam to bezwzględnie zdjąć. Zgadzam się z tym, że nie pielęgnowałam szczególnie tej dłoni z racji tego, że była omotana rzemykami, ale z drugiej strony nic mi się z nią złego nie działo.W domu z żalem pozbyłam się tych pamiątek i szczerze się zdziwiłam. Skóra pod spodem była bledsza z braku słońca, ale i o wiele gładsza. Zupełnie zniknęły zmiany atopowe. Lewą rękę do dziś mam gładszą. Sądzę, że wbrew krytyce pani doktor ten „stały opatrunek” dobrze mi zrobił. Naturalnie nie zalecam jako kuracji obwiązywania łapek rzemykami, jednak biżuteria jak widać bywa czasem pomocna.
Tagi: życie